Genealogia rodu Pudłów, Chłodnickich, Majewskich i spokrewnionych
Historie
» Pokaż wszystko «Poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 21» Dalej» » Pokaz slajdów
"Ostatnie dni"
Na podstawie przeżyć wojennych
OSTATNIE DNI[1]
Świta. Ponuro wyglądają w mglistym, jesiennym poranku wypalone domy. Wśród ruin pozorna cisza. W zwaliskach Niemcy mają swoje stanowisko, ale tuż, obok, przy ulicy Huculskiej są nasi. W tej chwili wśród oddziału powstańców niezwykłe poruszenie. Żołnierze są wstrząśnięci do głębi. Tego nie spodziewali się nigdy. Kapitulacja. W oczach chłopców rozpacz. Milczą, ale dalecy są od poddania.
Strzelec „Witur” siedzi w kącie pokoju i chrupie suchary. Zawsze wesoły i beztroski, rozmyśla w tej chwili z goryczą o swoich wojennych przeżyciach. Pierwsze walki na Ochocie. Było ich kilku „zgranych” i serdecznych kolegów. Dziś prawie wszyscy nie żyją. Pozostał sam.
Dziesiątego sierpnia, Niemcy rozbili ich placówkę w gmachu Monopolu Tytoniowego. Musieli się wycofać w ciężkich walkach poza miasto. Później przebijali się nocami przez lasy, głodni, zmęczeni, ze wszystkich stron osaczeni przez wroga. Zatoczyli wielki łuk naokoło Warszawy, i doszli wreszcie do Wilanowa. W Wilanowie, Ślązacy na służbie niemieckiej, wprawdzie zagadali o nich po polsku, ale przyjęli po niemiecku, ogniem karabinów maszynowych. Nie mogli już wszelako przeszkodzić w powtórnym wejściu do Warszawy.
Z setki kolegów którymi wyszedł z rozbitej Ochoty żyje zaledwie kilku. Reszta w ziemi i w szpitalu. „Witur” jest przy RKM-emie. Razem z „Norwidem” stanowią całą obsługę „maszynki”. Niemcy używają najcięższej artylerii, i zasypują stanowiska powstańców gradem pocisków.
Tu, w pierwszej linii dosyć spokojnie, bo Niemcy bombardują ostrożnie, bojąc się porazić swoich. Jedynie w dzień dochodzi do zaciętych walk.
Nocy dzisiejszej powstańcy postanowili zmienić pozycje. Trzeba było cofać się kanałem od ul. Belgijskiej. Ale kanał został przez Niemców na pl. Unii Lubelskiej zasypany. Zatem droga o Śródmieścia została odcięta. Powrócili, aby walczyć do ostatka.
- Dzisiaj zginiemy – myśli „Witur”. Pozycji przecież nie rzucą, a budynek w którym mają pozycję chwieje się od nieustającego obstrzału i nie wiele brak, aby runął i pogrzebał ich w gruzach.
Dokończył suchara, napił się wody i podniósł zmęczone, przekrwione od bezsenności oczy na kolegów.
Jak to dobrze, że tu są sami „starzy”. Raźniej będzie umierać – pomyślał. Wtem skrzypnęły drzwi. Do pokoju wszedł dowódca kompanii „Gustaw” i sanitariuszka „Hanka”. Na jej widok twarz mu się rozjaśniła. Znali się od dziecka. Chodzili razem do szkoły i kochali się, jak rodzeństwo. Teraz, w powstaniu, spotkali się w ogniu.
- Przyszłam do was, może się na co przydam – rzekła „Hanka” i siadła obok „Witura”. Gawędzą o tym i owym. „Hanka” sprawdza opatrunki w swej sanitarnej torbie.
- Daj mi jeden – prosi cicho „Witur” – mam przeczucie, że dzisiaj mnie coś złego spotka.
- Nie pleć głupstw, - odpowiada „Hanka”, ale „Witur” upiera się przy swoim.
- Kiedy dzisiaj tak jakoś czuję się nieswojo. Sam nie wiem, co mi jest.
Tymczasem w pokoju zapanowało poruszenie. Sprawdzano broń.
- Witur, coś tak zmarkotniał – pyta „Norwid”.
- Przebijamy się znów do Śródmieścia.
- Nie martw się. Sprawdź KM-a; naszykuj magazynki, bo w drodze będzie ciepło.
Na dworze rozwidniało się zupełnie. Wyszli na podwórze. „Gustaw” obrzucił wzrokiem żołnierzy i rzekł: - Pojedyńczo, skokami przez ulicę. Po drugiej stronie, w garażu jest nasza kompania. Musimy się do niej dołączyć. Bóg z nami – zakończył. – A uważać, bo obstrzał – dodał jeszcze.
Skoczył pierwszy. Do następnego bzyknęła kula. Jeszcze chwila, a w cichej ulicy rozpętało się istne piekło. Niemcy prażą z CKMu. Któryś z naszych dostał w policzek, ale biegnie dalej. Gdy przyszła kolej na „Witura” chłopiec zawahał się, ale „Hanka”, popchnęła go z tyłu.
- Teraz skacz! Ja za Tobą!
Skoczył. Suchy trzask cekaemu. Biegnie. Nagle karabin wyślizgnął mu się z ręki. „Witur” upadł, ale już po drugiej stronie ulicy i to go uratowało.
Niemcy trzepią do niego seriami, ale chłopca osłania połowa bramy, wisząca na zawiasach. Obok niego przebiegła „Hanka”. Poczołgał się naprzód. Jeszcze krok i przy pomocy kolegów znalazł się w sieni domu, gdzie opatrywano rannych. Teraz dopiero poczuł ból i bezwład w prawym ramieniu. Spojrzał. Z rękawa sączyła się cienka strużka krwi. Zrobiło mu się słabo. „Koślawy” zdjął z niego chlebak. „Hanka” rozcięła rękaw bluzy i nałożyła opatrunek. Ręka była złamana. Zrobili mu temblak ze sznurka.
- A jednak to nie jest jeszcze takie straszne – myśli „Witur” – Gdyby nie brama, mogłoby być gorzej.
Tymczasem porucznik zebrał resztki kompanii i spojrzawszy na zegarek rzekł: - Już po 11-ej. Ruszamy chłopcy!
Ale w tej chwili wpadł do bramy jakiś podchorąży. Przerażonym wzrokiem obrzucił obecnych. – Uciekajcie! Niemcy następują. Przed chwilą zajęli nasze stanowisko; zaraz tu będą!
Wszyscy pośpiesznie opuścili garaż. Przebiegli kilka ulic, ostrzeliwani z broni ręcznej. Powstańców nigdzie nie widać. Gdzieś, w pobliżu słychać wybuchy granatów. Biegli jakimś ogrodami. W górze wznosiły się budynki górnego Mokotowa. Aby tylko dobiec do „Higieny”[2]. Dalej piwnicami do włazu kanału, a tam niech już Pan Bóg prowadzi.
Wspinali się po zboczach ostrzeliwanych przez niemieckie granatki. Dopadli wreszcie gmachu, ale Niemcy są jeszcze za nimi. Nawet słychać ich głosy. Świszczą kule. „Hanka” zostawiła „Witura” i pobiegła do otworu, przy którym leżał ranny „K 7”.
W chwili, gdy „Witur” zbliżył się do piwnicy, oślepił go nagle jasny błysk i ogłuszył huk wybuchającego obok granatu. „Mamo!” – zawołał chłopiec padając na ziemię. Chciał się zerwać, ale straszliwy ból nie pozwolił mu stanąć na nogach. Koledzy jednak wciągnęli go do piwnicy. Spokój nie trwał długo. Ziemia dygocze od wybuchów. Do lochu wpada podchor. „Tur” z bardo smutnymi nowinami.
- Kompania rozbita. „Gustaw” z resztkami oddziału w niewoli. Kilku zabitych i rannych. W tej chwili Niemcy chodzą po piwnicach i szukają powstańców. Gdy znajdą – rozstrzeliwują. „Tur” obiecuje znaleźć ubranie cywilne i odchodzi z „K.7”, który jest powierzchownie ranny w brzuch, do następnej piwnicy.
Obecni w lochu mężczyźni przenoszą „Witura” na siennik w kącie piwnicy. Chłopiec traci przytomność. Jakaś kobieta, żyletką rozcina jego kombinezon powstańczy, i zdejmuje zeń mundur, aby chłopak mógł uchodzić za „cywila”.
Po opatrunku „Witur” zasnął. Gdy się przebudził, w piwnicy było pusto i cicho. Widocznie Niemcy wypędzili wszystkich, myśli „Witur”. Bolą go bardzo nogi i rany silnie krwawią. Długo się wloką godziny… Wieczorem do piwnicy weszli Niemcy. Zapewne na rabunek, bo z łomami w rękach. Widok chłopca zdziwił ich ogromnie. „Witur” leżał bezsilny i cichym głosem prosił o lekarza.
Żołnierze porozmawiali ze sobą i wyszli Po pewnej chwili zjawiło się dwóch żandarmów, którzy przeklinali tych „ verdamten banditen von Warschau”[3] ukrywających się w piwnicach.
- Rausss! … - Rozległ się wściekły okrzyk. „Witur” nie może stanąć na nogach, ale lufa pistoletu maszynowego, przystawiona do jego piersi, robi swoje. Z nadludzkim wysiłkiem dźwiga się na pokaleczonych nogach, i padając co chwila idzie przed żandarmami. Po zbadaniu, przyszły sanitariuszki, Polki z „Higieny”.
Leży „Witur” na podłodze, an wpół nagi o trzęsie się z zimna. Jest mu wszystko obojętne. Ból i gorączka żre jego ciało. Późno wieczorem zasnął. Obudziły go krzyki i jęki. W pokoju było bardzo widno. Ktoś ciągnął go za nogi.
- Mam gorączkę i majaczę – myśli „Witur”. Ale nie! Boże! Co się tu dzieje? Pożar!... Chłopca ogarnia straszliwy lęk. Do uszu jego dochodzi trzask płonącego ognia i przeraźliwe jęki i wołania o ratunek. Schody się palą. Ogień na parterze. Wszędzie kłęby duszącego dymu.
„Witur” zwlókł się z łóżka i zaczął pełznąć wzdłuż korytarza. Za nim wlecze się jeszcze jakiś drugi ranny. Szczęściem dotarł do drzwi.
Ale tu czekała go nowa niespodzianka. Przed domem stali Niemcy, którzy z zainteresowaniem przypatrywali się pożarowi.
- Podpalili szpital razem z rannymi – pomyślał „Witur”.
Ale naraz spośród Niemców wybiega jakiś żołnierz, bierze chłopca na ręce i wynosi z płonącego budynku do schronu, w którym był zgromadzony personel szpitalny, oraz lżej ranni, którzy zdążyli wydostać się z płonącej „Higieny”.
Żołnierz niosąc „Witura” powiedział, że nie jest Niemcem, tylko Czechem. Nazajutrz Niemcy wypędzili ich ze schronu. „Higiena” się dopalała, grzebiąc w swych zgliszczach popioły rannych, żywcem spalonych powstańców. Mówiono, że zginęło ich tam 80.
Strzelec „Witur” ruszył, podpierając się kijem, boso, prawie nagi do dalszej części piekła, przez które musieli przejść jeszcze pozostali przy życiu mieszkańcy Warszawy – do Pruszkowa.
Wyszedł z rannymi w nieznane, na nową poniewierkę; z niezłomną jednak wiarą w sercu, że z krwi przelanej powstanie kiedyś wielka Polska.
Opublikowane w: Kółko Różańcowe, Maj-Czerwiec 1947, nr 4 M. (XXXVIII), S.: 74-76
oraz pod tytułem : "Danina krwi" - Głos Koszaliński 1957,lipiec, nr 181 (1503)
| Dotyczy | Tomczyński, Zygmunt Józef Pudło |
» Pokaż wszystko «Poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 21» Dalej» » Pokaz slajdów
