Genealogia rodu Pudłów, Chłodnickich, Majewskich i spokrewnionych
Historie
» Pokaż wszystko «Poprz. 1 2 3 4 5 6 ... 21» Dalej» » Pokaz slajdów
"Jego jeńcy"
Na podstawie przeżyć wojennych Zygmunta Pudło ps. "Witur"
JEGO JEŃCY
Strzelec „Witur” wierci się niecierpliwie w gorącym popiele, niedawno wypalonego domu. Kazano im tu leżeć z RKM-em, więc leżą, ale jest bardzo przykro tkwić bez ruchu w popiele, w którym żarzą się jeszcze niewypalone węgle. Leżą jednak już od dwóch godzin. Cała obsługa RKM-mu: dowódca, podchorąży „Bem”, celowniczy „Murzyn”, oraz amunicyjni: „Norwid” i „Witur”.
W nocy, ich batalion zlikwidował placówki niemieckie i posunął się naprzód ku dawnym koszarom szwoleżerów, przy ul. Podchorążych. Dotąd wszystko szło, jak z płatka, ale dalej ani rusz. Utknęli. Leżą więc i patrzą. Po przeciwnej stronie ulicy wznoszą się potężne mury stajen z małymi, okratowanymi okienkami. Ale przedostać się na tamtą stronę nie można. Próbowali rozbić, lub zapalić te budynki, ale daremnie. Granaty ześlizgują się po blaszanym dachu, nie wyrządzając żadnej szkody. Nawet „plastyki”[1] nie zdołały skruszyć muru. Leżą więc i czekają minerów, i … zmiłowania Boskiego.
Niemcy też nie mogą odrzucić naszego batalionu. Usiłowali oni pod osłoną czołgów wprowadzić do akcji swoją piechotę. Daremnie. Chłopcy nie opuszczą zdobytej placówki. Spalili Niemcom samochód, wzięli trochę jeńca, trochę broni, zabili kilkunastu. Mimo to sytuacja jest nadal niejasna i trudna.
Biedni RKM-emiści czują się w popiele jak najfatalniej: „Witur” zmienia ustawicznie pozycję swego ciała. Nie może uleżeć, niewiadomo dlaczego, czy z zapału do walki, czy też z powodu tego piekielnego popiołu…
- Co się tak kręcisz? „Tygrysy” cię gryzą? – doleciał go szept „Murzyna”.
- Nie, tylko parzy, że już i uleżeć nie mogę – odpowiedział płaczliwie.
- Milczeć! – usłyszeli groźny głos „Bema”. Ucichli, i leżą, czekając poranku. Nawet „Witur” przestał się kręcić, doszedłszy do przekonania, że wiercenie jeszcze bardziej pogrąża go w rozżarzony popiół.
O świcie wpadł dowódca plutonu. Jego uśmiechnięta twarz mówiła, że wszystko układa się pomyślnie.
- Co słychać panie poruczniku? …
- Wszystko w porządku. Nasi wyłapują ukrytych po domach Niemców … Ale, ale … Zdobyliśmy dwa granatniki. Skoczcie ze mną … we dwóch, to je tu zaraz przyniesiemy!
Zerwali się „Witur” i „Norwid”. Pierwszy, rad, że nareszcie wylezie z popiołu … Chciał o coś zapytać, ale tamci już wybiegli.
Zdjął więc pospiesznie z siebie chlebak z amunicją i podążył za nimi. Sylwetki żołnierzy właśnie znikały za domem.
- Dopędzę ich – pomyślał „Witur”, ale gdy wyszedł na ulicę, tamtych już nie było. Idąc, rozmyślał: wołać nie można, bo jeszcze Niemcy usłyszą. Więc co robić? … Biegł przez jakieś podwórka i ogrody. Niedawno były tu stanowiska niemieckie, zdobyte przez naszych. Wpadł do jakiegoś ogrodu i stanął nagle, jak wryty.
- Boże! Niemcy! – Zrobiło mu się gorąco i jakiś nieprzyjemny dreszczyk przebiegł po całym ciele.
Niemcy, a on sam jeden. Nawet nie ma granatu przy sobie. Schował się za mur i zaczął obserwować szwabów. Jest ich dwóch. Leżą obok siebie, przy murze, z karabinami w ręku. Obok granaty.
- Jak dobrze, że mnie nie dostrzegli – myśli „Witur”. – Trzeba skoczyć po chłopaków, to ich się łatwo zgarnie.
- A gdybym ich sam ujął – przebiegło mu przez głowę …
Wspaniała myśl. Oto, prowadzi jeńców do dowódcy kompanii „Gustawa”.
Tak! … Do samego „Gustawa”. Salutuje i mówi: „Panie poruczniku! strzelec „Witur” melduje, iż wziął do niewoli dwóch Niemców! Porucznik patrzy, uśmiecha się, klepie go po ramieniu i chwali: Dzielnie się spisałeś! Zuch jesteś!
„Witur”, dotychczas, marny amunicyjny RKM-u, patrzy na siebie z zachwytem i chodzi, co najmniej przez kilka dni z dumą pawia.
Tymczasem strzelanina nie ustaje. „Witur” pogrążony w marzeniach, spostrzega nagle, jak jeden Niemców wskazuje coś swemu koledze.
Zdrętwiał. W oddali, wśród drzew i krzewów, przechodzi grupa powstańców. Niemcy ich widzą i zaczną zaraz strzelać, a on, bezradnie musi patrzeć na zgubę swoich kolegów.
Ogarnęła go wściekłość. Nie! nie może na to pozwolić. Rzuci się na znienawidzonych szwabów, i udusi ich gołymi rękoma.
W uniesieniu zapomniał, że nim dobiegnie, to go zastrzelą.
Lecz co to? … Niemcy podnoszą broń do oka i mierzą w tamtych.
„Witur” schwycił leżący na ziemi żelazny pręt i skoczył, jak piorun na Niemców. „Robi” szum za dziesięciu, wrzeszczy ze wszystkich sił: „Hände hoch!” … Niemcy zgłupieli i pełni przerażenia przywarli do ziemi.
„Witur” jest już przy nich. Zamierzył się prętem, ale zaraz pomyślał, opuszczając „zbrojne” ramię: - Byłoby to niegodne prawdziwego żołnierza, okładać leżących wrogów.
- Zlękli się i udają trupów! … Wyrwał im karabiny i kazał wstać. Ale oni, nawet nie drgnęli.
- Tym lepiej – pomyślał i począł zbierać leżące obok granaty. Jeden karabin przerzucił przez ramię, a drugim mierząc do Niemców jeszcze raz kazał im się podnieść z ziemi. Nie usłuchali. Bali się. Nie mogą zrozumieć, że jeszcze żyją. Przecież gdyby oni byli na miejscu tych „bandytów”. Którzy stoją nad nimi, dawno byłoby po wszystkim … Wreszcie pod wpływem „delikatnego” łaskotania po żebrach lufą karabinu, podnieśli szare, jak popiół z przerażenia twarze.
„Witur” wybucha nagle głośnym śmiechem. Jakżeż zabawne są miny tych szkopów. Wszystkie uczucia razem: przestrach, zdumienie, wściekłość i wreszcie wyraz całkowitego ogłupienia… Jakto, więc oni, starzy żołnierze, którzy przeszli całe piekło wojny, dali się tak haniebnie podejść, temu śmiejącemu się z nich dzieciakowi? … Och! rzucić się na tego przeklętego Polaka, zbić, skopać, jak psa – przecież do tego są zdolni – i w ten sposób zmyć z siebie hańbę … Ale tego nie zrobią, bo trzyma ich w szachu lufa ich własnego karabinu. Zrezygnowali.
Podnoszą się powoli i bez słowa – jeszcze przez chwilą dumni „panowie świata” – idą potulnie, jak baranki, a za nimi, z miną zwycięzcy podąża on, mały „Witur” – cichy żołnierz-powstaniec. Jeden z wielu, którzy nie zawahali się rzucić swojego młodego życia na szalę walki o wolność ukochanej Ojczyzny.[2]
W. [Zygmunt Pudło – „Witur”]
Opublikowane w: Kółko Różańcowe, Marzec-Kwiecień 1947, nr 3 M. (XXXVIII), S.: 52-54
| Dotyczy | Tomczyński, Zygmunt Józef Pudło |
» Pokaż wszystko «Poprz. 1 2 3 4 5 6 ... 21» Dalej» » Pokaz slajdów
